W dniach 25-27 maja 2007 roku udaliśmy się na rajd konny w okolice Wilna na zaproszenie naszych polskich przyjaciół: Edmunda Szota, Walerego Iwaszki z rodziną, Jarka Woitechowicza oraz Ireny Michalkiewicz która oddała kawałek serca tej wyprawie. Było to dla nas niesamowite przeżycie, którego nie da się opisać słowami. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, czym jest Wileńszczyzna. Było dla nas szokiem spotkanie ludzi żyjących za granicą kraju, a uważających się za prawdziwych polaków i patriotów tęskniących za polską. Zauważyliśmy, że ich miłość do ojczyzny jest bardzo szczera i prawdziwa. To właśnie oni zajęli się organizacją naszego pobytu. Dali nam prawdziwy pokaz polskiej gościnności, wypełnili nam cały czas pobytu oficjalnymi powitaniami, spotkaniami w szkołach, rautami oraz zabawami przy ognisku. Okazało się, że zdecydowaną większość rejonu wileńskiego zamieszkują nasi rodacy. Niektórzy z nas myśleli, że jedziemy na zagraniczny rajd, jednak po kilku godzinach okazało się, że jesteśmy cały czas w Polsce. Jeśli chodzi o przejazd, droga upłynęła nam w milej atmosferze, bez żadnych przykrych niespodzianek, obawialiśmy się troszkę celników, jednak granicę przejechaliśmy bez problemów. Już pierwszego dnia zaledwie kilka chwil po przyjeździe do Soleczników odwiedziliśmy polską szkołę. Grupa młodzieży w krakowskich strojach ludowych śpiewająca "Przybyli ułani pod okienko ..." sprawiła że w naszych oczach zaświeciły się prawdziwe łzy, było to niesamowitym przeżyciem. Na boisku szkolnym zorganizowaliśmy prowizoryczny pokaz cięcia łóz i władania szablą, następnie odwiedziliśmy dom dziecka, gdzie przekazaliśmy podarunki w postaci polskich książek pozyskanych od sponsorów. Resztę dnia spędziliśmy na odpoczynku po długiej podróży. Wieczorem na raucie spotkaliśmy się z organizatorami rajdu i razem z naszymi przyjaciółmi ustaliliśmy dokładną trasę na dalsze dni.

Następnego dnia w czwartek wyruszyliśmy w kierunku Ławaryszek o drodze odwiedzając kościół i szkołę w Turgielach. Po południu dotarliśmy Ławaryszek do gdzie odbył się kolejny, tym razem skromniejszy pokaz ze względu na zmęczenie koni daleką drogą. Wieczorem zostaliśmy zaproszeni na ognisko i uroczystą kolację, gdzie świetnie się bawiliśmy. Rano w towarzystwie przewodnika który przeprowadził nas przez Puszczę Grodzieńską, udaliśmy się w kolejny odcinek rajdu tym razem w kierunku Wilna. Przemierzając ten szlak wszędzie w powietrzu czuć było niesamowitą ludzką życzliwość i gościnność. Zatrzymaliśmy się w kilku miejscach pojąc konie, ludzie byli bardzo zainteresowani się naszą ekspedycją, doradzali skuteczne skróty a z ich ust często było słychać słowa "jeszcze polska nie zginęła". Kolejny spędziliśmy w Niemeczynie. W obozie nad rzeką Wilią ok. 20 km od Wilna. Jak zwykle zostaliśmy mile powitani i ugoszczeni. W ciągu paru chwil uzyskaliśmy pomoc przy uwiązaniu koni i zostaliśmy zakwaterowani. Zorganizowanym specjalnie dla nas busem pojechaliśmy na wycieczkę do Wilna. Oddaliśmy hołd Pani Ostrobramskiej, zwiedziliśmy cmentarz na Rossie gdzie złożyliśmy wiązankę przy mogile gdzie spoczywa serce Józefa Piłsudskiego oraz jego matka. Odbyliśmy wycieczkę po ulicach tego pięknego przesiąkniętego historią polski miasta. Wieczorem wzięliśmy udział w zabawie przy wielkim ognisku. Następnego dnia rano pojechaliśmy do Wilna by uczestniczyć w polskiej mszy świętej, gdzie oczywiście nasza obecność nie była nikomu obojętna, zostaliśmy serdecznie powitani i pozdrowieni przez księdza celebrującego mszę.

Po powrocie osiodłaliśmy konie i ruszyliśmy się na główną uroczystość całego rajdu a mianowicie imprezę pod nazwą "Kwiaty Polskie", czyli festiwal kultury polskiej. W imprezie udział wzięło bardzo wiele zespołów folklorystycznych i towarzyszyły jej tłumy ludzi. Mieliśmy okazje zaprezentować się na czele wielkiej parady otwierającej festiwal, oraz witani gorąca na scenie pośród tłumu ludzi. Na skutek niedociągnięć organizatorów nie mieliśmy okazji zaprezentować swoich umiejętności ułańskich, gdyż zabrakło nam czasu. Musieliśmy się z tego powodu sporo tłumaczyć przed naszymi przyjaciółmi gdyż byli troszkę zawiedzeni, ale obiecaliśmy, że następnym razem się poprawimy. Należy wspomnieć o otrzymanym upominku, był to koziołek, którego nazwaliśmy później Kaziuk, na cześć naszego pobytu w rejonie Wilna. Droga powrotna minęła nam także spokojnie choć było bardzo smutno rozstawać się z naszymi rodakami.

Do dnia dzisiejszego utrzymujemy ciepłe kontakty z naszymi przyjaciółmi z Wileńszczyzny, a ich delegancja odwiedziła nas od tamtego czasu wielokrotnie.

 

 

 

Fotorelacje z kolejnych wizyt znajdują się poniżej:

2007

2008